Andrzej Krzycki, Cricius 1482 - 1537

dr Leszek Barszcz   

Omnia solus erat Cricius

Portret wiszący w Sali Trójkątnej Pałacu we Włoszakowicach
mal. Antoni Suchanecki.

   Miał być chlubą Polaków, a skończył na indeksie ksiąg zakazanych.

   Miał odnowić polski Kościół, a stał się wstydliwym problemem.

   Miał być w końcu królem humanistów, a został uznany za mało znaczącego grafomana.

   Późniejsze pokolenia, niestety, bardzo krytycznie oceniły dorobek artystyczny i życie Andrzeja Krzyckiego i wbrew pozorom nie ma w tej ocenie XIX - i XX - wiecznych badaczy nic dziwnego, ponieważ przedstawicieli tych pokoleń nic już nie łączyło z Andrzejem Krzyckim, który był pierwszym i najważniejszym przedstawicielem dumnego, intelektualnego humanizmu w Polsce.

   Jego samotność była i jest bardzo symptomatyczna. Ta zerwana więź pomiędzy oficjalną polską kulturą a Krzyckim świadczy o tym, że humanizm jako wartość intelektualna nie przyjął się w Polsce. Był w rzeczywistości czymś fasadowym, protezą, atrapą stworzoną i zawłaszczoną przez szlachtę.

   Inność Krzyckiego polegała na tym, że szczerze wierzył w propagowane wartości, był humanistą pod każdym względem, fascynowało go życie w całej swojej złożoności i paradoksalności, był w swych sądach w pełni wolnym człowiekiem, dlatego nie znalazł w polskiej kulturze naśladowców i kontynuatorów...

Andrzej Krzycki (1482 - 1537)

biografia

dr Leszek Barszcz

   Miał być chlubą Polaków, a skończył na indeksie ksiąg zakazanych. Miał odnowić polski Kościół, a stał się wstydliwym problemem. Miał być w końcu królem humanistów, a został uznany za mało znaczącego grafomana. Późniejsze pokolenia, niestety, bardzo krytycznie oceniły dorobek artystyczny i życie Andrzeja Krzyckiego i wbrew pozorom nie ma w tej ocenie XIX- i XX-wiecznych badaczy nic dziwnego, ponieważ przedstawicieli tych pokoleń nic już nie łączyło z Andrzejem Krzyckim, który był pierwszym i najważniejszym przedstawicielem dumnego, intelektualnego humanizmu w Polsce. Jego samotność była i jest bardzo symptomatyczna. Ta zerwana więź pomiędzy oficjalną polską kulturą a Krzyckim świadczy o tym, że humanizm jako wartość intelektualna nie przyjął się w Polsce. Był w rzeczywistości czymś fasadowym, protezą, atrapą stworzoną i zawłaszczoną przez szlachtę.

  Inność Krzyckiego polegała na tym, że szczerze wierzył w propagowane wartości, był humanistą pod każdym względem, fascynowało go życie w całej swojej złożoności i paradoksalności, był w swych sądach w pełni wolnym człowiekiem, dlatego nie znalazł w polskiej kulturze naśladowców i kontynuatorów (jedyni, którzy byli do tego zdolni – to przedwcześnie zmarły poeta Klemens Janicki oraz biskup poznański Wawrzyniec Goślicki, autor dzieła De optimo senatore), stąd dziś, w wolnej Polsce, staje się spóźnioną lekcją, którą muszą odrobić artyści, politycy czy ludzie Kościoła. Każda wielkość w naszej przestrzeni publicznej powinna zostać prędzej czy później skonfrontowana z Krzyckim, w całym tego słowa znaczeniu, ponieważ my wszyscy nie z Mickiewicza, lecz z niego, bo „on [pierwszy] był wszystkim”. Tak przynajmniej przedstawiał go jego wychowanek Janicjusz: „omnia solus erat Cricius”.

Anrdeas Cricius, bo tak brzmiał jego pseudonim literacki, był bez wątpienia geniuszem polskiego Renesansu. Nie można go skojarzyć z dziełami tej miary co Gioconda, Primavera, Sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej, ale jedynie z budową i dekoracjami Kaplicy Zygmuntowskiej, Dzwonem Zygmunta, stropem sali Poselskiej, katedrą płocką, „pastorałem Krzyckiego” czy nagrobkiem Piotra Tomickiego, a więc z dziełami szczególnymi dla polskiej kultury narodowej, które swą klasą nie ustępują podobnym w Europie.

Andrzej Krzycki, urodzony w 1483 r. w Krzycku, to cudowne dziecko, które od początku zyskiwało wielką sympatię u najbardziej wpływowych i światłych ludzi królestwa. Najpierw zaopiekował się nim brat Mikołaj, który był podskarbim kardynała Fryderyka Jagiellończyka, dlatego zaraz po śmierci rodziców zabrał go do Krakowa na dwór królewicza. Przez trzy lata o jego edukację dbał także wujek Piotr Tomicki, jeden z najświetniejszych umysłów epoki. Cricius poznał zapewne Kallimacha, artystów związanych z Towarzystwem Literackim Nadwiślańskim Celtisa. Kształcił się indywidualnie w Akademii Krakowskiej, w szkole katedralnej i u prywatnych nauczycieli, np. Aleksandra Moszczyńskiego. W Bolonii związał się ze znakomitym grecystą, neoplatonikiem Codrusem (Żebrakiem), który stał się na krótko niemalże jego ojcem. Po śmierci profesora oraz brata wrócił do kraju, gdzie czekał na niego wuj Tomicki i biskup Lubrański. Andrzej został sekretarzem biskupa poznańskiego, a ten „pokochał go jak syna”. W tym czasie poznał znakomite i wpływowe środowisko sekretarzy krakowskich, doskonałe grono dyplomatów, doradców, profesorów Akademii, a wielu z nich stało się jego oddanymi przyjaciółmi.

Krzycki zatem to ktoś więcej niż tylko artysta-indywidualista, to uosobienie i spełnienie doświadczeń oraz pragnień Wielkiego Pokolenia, które przeniosło Polskę ze Średniowiecza do Renesansu.

W jego geniusz wpisuje się zarówno Piotr Tomicki, jak i Jan Lubrański, profesor Mikołaj Czepel, jak i Maciej z Miechowa, Jan Długosz, jak i Kallimach, rektorzy Akademii Jan Sacranus, Marcin z Olkusza, Marcin Biem, jak i znakomity lekarz Jan Benedyktyn. Nie wiadomo jednak, jak rozwinąłby się jego talent, gdyby nie to, że był szlachcicem - Polakiem. Oczywiście z punktu widzenia genealogii sprawa nie jest prosta, ponieważ jego ojcem był Mikołaj, wywodzący się z prastarego, niemieckiego, ale spolonizowanego już rodu Kotwiczów, natomiast matka Anna pochodziła z wielkopolskiego rodu Tomickich. Andrzej Krzycki wychowywany był więc na granicy dwóch środowisk, co pozwalało mu znakomicie rozumieć się z niemiecką elitą intelektualną, jak i rodzimą elita polityczną. Jego pozycję wzmacniała także rodzinna legenda, mówiąca, że był krewnym wielkiego arcybiskupa gnieźnieńskiego Janisława Kotwicza, który koronował na króla Polski zarówno Władysława Łokietka, jak i jego syna Kazimierza. Ostatnim czynnikiem, który zadecydował o wyjątkowej pozycji Krzyckiego, było społeczne zapotrzebowanie na wielkiego artystę Polaka. Jeśli przeanalizuje się sposoby przygotowania Krzyckiego do debiutu literackiego: opieka Jana Lubrańskiego, profesora Silvio Amatusa, kanclerza Krzysztofa Szydłowieckiego, to wtedy trzeba stwierdzić, że jego oficjalny debiut literacki to starannie przygotowana akcja propagandowa i polityczna, bowiem trudno byłoby Polsce aspirować do roli ważnego gracza politycznego w Europie, gdyby nie miała swoich artystów, pisarzy, kulturotwórczej elity, którą do tej pory stanowili głównie Niemcy, Polska zaś jawiła się jako kraj barbarzyński. Debiut Krzyckiego to pozbycie się przez polskie elity polityczne kompleksu niższości w stosunku do innych cywilizowanych narodów. Nowemu otwarciu politycznemu, jakim było wstąpienie Zygmunta na tron, towarzyszył zatem głośny debiut poety Polaka, który stał się ikoną polskich przemian, i to dlatego wolno było Criciusowi robić i pisać tak wiele, i nie musiał, tak jak chociażby Jan Dantyszek, obawiać się zarzutów o zdradę czy nielojalność wobec królestwa, wypominania mieszczańskiego i niemieckiego pochodzenia. Mógł i czuł się pewny, jak żaden artysta w polskiej historii.

            Pierwszym tego przejawem jest wczesna twórczość, kiedy młody kapłan był sekretarzem Jana Lubrańskiego. Wtedy pisał wiersze miłosne w duchu Petrarki. Ileż w nich wyznań, skarg, uniesień, pretensji, zachwytów i paradoksów:  „Biada mi, cóż za obłęd myśli i szaleństwa/Oto własnym pragnieniom czynię sam na wspak.” W innym równie zdumiewającym czytamy: „Wreszcie umieram, gdy nas łoże zespala, a jednak /Na wieki chciałbym w nim przebywać.” Niezwykłym liryzmem i szczerością wyrazu może szokować wiersz Ad Dantiscum de amore suo („Do Dantyszka o swej miłości”): „Jakże biedny, kto kocha i wzajem kochany,/A owocu miłości tej nie może mieć!” Nie wiadomo, czy jest to tylko aluzja do romansu Dantyszka, czy gra literacka, czy wyznanie, przeżywającego rozterki miłosne kapłana, a może wszystko naraz. Na tym poeta nie poprzestał. Oprócz wierszy pisał lub przerabiał dowcipne, błyskotliwe piosenki, w których wychwalał urodę nieślubnej córki Zygmunta Beaty, żartował sobie z nieszczęśliwej miłości swojego krewniaka Andrzeja Górki do pięknej żony Jerzego Radziwiłła Barbary Kolanki. Świątobliwy młodzieniec zamiast myśleć o Bogu, bo nastał czas postu, myślał o grzesznym uczuciu, dlatego wujek postanowił go uleczyć i poprosił muzyków, by publicznie wykonali napisaną przez niego piosenkę, oczywiście przy wszystkich zainteresowanych: „Oto już święte dni, gdy trwożnie swoje grzechy wyznaje lud - a mnie miłości pali żar.” – skarżył się w utworze nieszczęśliwy kochanek. Młody kapłan nie zapomniał też o pochwale w pieśniach wina: „Wino dobre, tyś słodyczy/ Dobrym pełne, złym goryczy...” oraz rodzimego piwa: „Piwo zasię, proszę pana/ Bez szkód pijesz aż do rana./ Dusza niem uradowana...” Pozornie nie ma w tych tekstach niczego niezwykłego, ale pamiętać należy, że są one pierwszym, unikatowym wręcz świadectwem kultury picia, spożywania wina i piwa w Polsce.

Cricius tworzy niesamowity cykl bachicznych utworów, poświęconych przyjacielowi Korybutowi. Swoboda seksualna tego zbioru nie ma sobie równych w polskiej literaturze, w niczym nie ustępuje swawoli Rabelaise’go. Krzycki dowcipnie, urokliwie i bardzo swawolnie, nie pornograficznie, jak pisało wielu badaczy, przedstawił życie bractwa, na czele którego stał Korybut. Jest tu kult picia, zabawy i użycia. Ale nad tym priapeicznym światem unosi się zadziwiająca błazeńska mądrość Korybuta, którego winą było to, że za bardzo kochał życie, trunki i kobiety. Na starość skończył, według poety, jak każdy hulaka, czyli ożenił się z despotyczną i kłótliwą kobietą, co przyczynić się miało do jego przedwczesnej śmierci. Cricius, patrzący na przyjaciela jak na „fenomen natury”, „zdumiewający okaz” (gdy umierającego zapytali bracia z towarzystwa, jaka jest jego ostatnia wola, ten odpowiedział im: „Nie dajcie, by mnie wzięła śmierć.” a gdy niewiasty pochylały się nad nieszczęsnym, nie omieszkał skorzystać z okazji, by dotknąć ich łona...), tak oto podsumował jego życie: „Fale miłości przepłynął, aby w porcie utonąć.” Na końcu cyklu do głosu zostają dopuszczone kurtyzany, siostry z bractwa, chwalące się swoimi wyczynami seksualnymi, skarżące się na nędzę swego losu i wskazujące prawdziwe przyczyny ich rozpusty: a były nimi brak miłości, nieszczęsna młodość w domu rodzinnym, niechciany, niekochany mąż. Niestety, wiersze te czytano jako przejaw demoralizacji autora, a nie konwencji epoki, zabawy literackiej, zachwytu nad człowiekiem. Ich niezwykłość dostrzeże się dopiero wtedy, gdy uświadomi się sobie, że pisał je człowiek naprawdę pobożny, może nie święty, ale pobożny. Ten sposób myślenia burzy jednak tradycyjne wyobrażenie wiary, dlatego zostaje niemalże powszechnie odrzucony i skazany na zapomnienie. Współcześni, bliscy znajomi poety, uwielbiają  te wiersze oraz swobodę, często graniczącą z bezczelnością. Gdy legat papieski, Jakub Piso przybył do Polski w 1510 roku na negocjacje, spotkał się z Krzyckim i rozmawiał o pewnym obrazie przedstawiającym Lukrecję. Panowie wymienili się wierszami. Andrzej sugerował  niedwuznacznie w jednym z nich legatowi, że za bardzo podobają mu się kobiety o męskim typie urody. Lukrecja nie jest mężczyzną, ale piękną kobietą – przypominał. Była to rzekomo aluzja do homoseksualnych skłonności Włocha.  Poeta zrobił to tak ujmująco i dowcipnie, iż trudno się dziwić, że wzbudził zachwyt w Polakach i cudzoziemcach. Dumny polski Apollin, jak nikt na północ od Italii, umiał z niespotykaną lekkością bawić w języku Wergiliusza i Marcjalisa, kpić, opiewać miłość, szokować i zdumiewać. W nim przejawiał się Sokratejski duch przekory i pogardy dla obłudy oraz zakłamania, dlatego Erazm nazywał go „księciem poetów”. Niestety, przez długie lata nie rozumiano jego poczucia humoru. Gdy dostrzegał paradoksalność śmierci pewnej damy, która utopiła się w dole kloacznym, poety, który zmarł z przejedzenia, czy gdy żartował z umierającym wujem, budził zdumienie w ówczesnym czytelniku niezwykłością świata i człowieka, który wymykał się wszelkim ograniczającym go doktrynom. Krzycki paradoksalnie przybliżał w ten sposób ludzi do Boga jako wielkiej tajemnicy zakrytej przed rozumem. Niczym błazen budził w nich dystans do siebie i świata. Nieprzypadkowo fascynował go błazen Krzysztofa Szydłowieckiego, Benesz, który, jak pisał, nawet w kościele przedrzeźniał, parodiował pobożność wielmożów, kpił z rytuałów zastępujących prawdziwą wiarę. Benesz – z podziwem stwierdzał Cricius – użalał się nad dolą głupców, lecz pamiętał, że sam też nim był. Jego błazeństwo nie wiodło do pełnego poznania, ale pozwalało zobaczyć głupstwo świata obecne w życiu codziennym, w Kościele, w miłości, we własnej pobożności, w modlitwie, ofiarności, a nawet w umieraniu.

             W Andrzeju Krzyckim objawiła się nowa gwiazda polskiej polityki: młody, zdolny sekretarz, perfekcyjnie mówiący i piszący po łacinie, wyborny znawca sztuki, muzyki, poeta, prawnik i co ważniejsze, niezwykle inteligentny i przebiegły, a więc niebezpieczny, dyplomata. Miał on jeszcze jedną zaletę, której w owym czasie brakowało bardzo wielu: był lojalny wobec państwa i króla, gardził przekupstwem i wysługiwaniem się obcym dworom. Jego szybkie awanse wynikały nie tylko ze starań wujka i biskupa Lubrańskiego, były nagrodą za poufne misje, z których młody dyplomata doskonale się wywiązywał, i uznaniem dla jego wysokich kwalifikacji.

            Te cnoty wielu badaczy w XIX i XX wieku zmieniło w obelgę. Jego wierną służbę królowi uznano za przejaw dworactwa. Od tej pory epitet „dworak” będzie niemalże na stałe przypisany Krzyckiemu. A przecież Cricius w swych utworach nie wychwalał tyrana, lecz w rzeczywistości najbardziej pobożnego władcę ówczesnej Europy. Sławił osiągnięcia króla, jego wspaniałe zwycięstwa nad Tatarami, pod Orszą, Obertynem,  upamiętniał nazwiska wielkich bohaterów narodowych, którzy w obronie ojczyzny oddawali życie. Kto dziś pamięta Zborowskiego, Mieczkowskiego czy Puczniewskiego? Krzycki zachował ich nazwiska, mimo że byli skromnymi oficerami, którzy z nieprawdopodobną odwagą powstrzymywali 100-tysięczną armię moskiewską, płacąc za to najwyższą cenę.  Poeta nie przewidział jednak, że przyszłe pokolenia tak zapatrzą się w swoje doświadczenia, żale i troski, że sprowadzą historię do „tu i teraz” swojego narcystycznego „ja”, że zapomną o tych wielkich żołnierzach, synach ojczyzny.

            Ten „dworak” wspierał wydanie Kroniki  Macieja z Miechowa. Autor odwdzięczył się dedykacją, a młody poeta uświetnił dzieło wierszem. W Kronice, jej pierwszym wydaniu, znalazły się fragmenty bardzo krytyczne wobec Jagiellonów (Miechowita bez wsparcia Krzyckiego i Tomickiego nie odważyłby się na to, kto wie, czy to właśnie nie z tego powodu pojawiły się pogłoski, że prawdziwym autorem dzieła był Krzycki), a zwłaszcza rządzącego Zygmunta, co było w mniejszym stopniu przejawem walki politycznej, a w większym manifestem dumnego humanizmu, wierzącego w prawdę i wolność twórcy. Dotknięty Kroniką poczuł się osobiście prymas Łaski, który doprowadził do wycofania dzieła i jego ocenzurowania. Miechowitę i Krzyckiego łączyła miłość do Jana Długosza, historii narodu, nieufność wobec Jagiellonów, którzy zawsze z niechęcią odnosili się do ludzi nauki. I właśnie z tego powodu to Tomicki reformował Akademię Krakowską, a siostrzeniec go wspierał i oficjalnie zapraszał do niej Erazma z Rotterdamu. Miłość poety do historii narodu nie była przejawem koniunkturalizmu, ale rezultatem pogłębionej świadomości propaństwowej. Już jako sekretarz biskupa Lubrańskiego przygotowywał bliżej nieznane żywoty królów polskich, później współpracował z Miechowitą, a gdy został prymasem, badał rodzime tradycje kościelne oraz zlecił Klemensowi Janickiemu pisanie Żywoty arcybiskupów gnieźnieńskich.

            Ważnym gatunkiem w twórczości Polaka oprócz panegiryków było epitafium. Wiersze żałobne poświęcał nie tylko zmarłym członkom rodziny królewskiej, lecz także profesorom Akademii, nie zważając na ich status społeczny, dworzanom, błaznom, lekarzom, młodzieńcowi Kropaczowi i.... wiewiórce króla. Najważniejszą jego pieśnią żałobną był Deploratio immaturae mortis Barbarae, uxoris Sigismundi primi, regis Poloniae („Tren na przedwczesną śmierć królowej polskiej Barbary”). Złożył w niej hołd ukochanej królowej, która w jego oczach stała się niedoścignionym wzorem władczyni, kobiety i muzy. Nigdy z niej nie żartował, bawił ją pieśniami i fraszkami. Nie byłby sobą, gdyby oprócz tego nie napisał wierszyka ośmieszającego jej rywalkę do tronu, stając w obronie młodziutkiej królowej narażonej na niejedną złośliwość koterii dworskich. Podziwiał jej urodę, mądrość, miłość zarówno do nowej ojczyzny, jak i do Węgier. Był przy niej, gdy zamiast synów rodziła córeczki, w jej imieniu pisał pełne miłości listy do króla. Na jego rękach konała Barbara, dlatego nie dziwi, że po jej śmierci chciał rzucić karierę urzędniczą, lecz ojczyzna i przyjaciele nie pozwolili na to. W tym okresie bardzo zbliżył się do Zygmunta, szczerze opłakującego stratę żony. Wspólnie postanowili złożyć hołd Barbarze niezwykłą kaplicą, która stała się przepięknym poematem ich miłości i uwielbienia, a zarazem arcydziełem architektury Renesansu. Niestety, neoplatoński język jej dekoracji skrywa przed niewtajeniczonymi prawdziwe przesłanie.

            Spośród gatunków dworskich największy rozgłos przyniosły Krzyckiemu epitalamia na cześć zaślubin Zygmunta z Barbarą i później z Boną (Epitalamium Divi Sigismundi primi regis et inclytae Bonae, reginae Poloniae). Zwłaszcza w drugim poeta czarował odniesieniami do mitologii, romantyczną fantastyką przeplataną aluzjami do aktualnej sytuacji politycznej w Polsce. Wierzył, że młoda księżniczka dzięki Wenus i Amorowi rozpali serce pogrążonego w żałobie Merkurego-Zygmunta, uciekającego przed światem. Jest tu wyrafinowane humanistyczne piękno przejawiające się także w rytmie oraz  muzyce słowa. I właśnie te dzieła uczyniły Criciusa pierwszym znanym w Europie polskim artystą, głównie za sprawą Krzysztofa Szydłowieckiego, który uruchomił olbrzymią machinę propagandową, żeby ukazać Europie, że Polska ma swojego poetę i dołącza do krajów cywilizowanych.

            Krzycki naraził się wielu środowiskom kościelnym, gdyż swoimi satyrami ośmieszał niemoralne życie hierarchów i zakonników. W tych utworach dostrzegano, bo chciano, jedynie przejaw jego egoizmu i chorej ambicji, gdyż rzekomo bezwzględnie walczył z kolegami o posady. Z perspektywy poety rzecz wyglądała jednak inaczej. Cricius po powrocie z Rzymu był gorącym zwolennikiem reform w Kościele, nie ukrywał nawet, że podzielał wiele postulatów Lutra, dlatego jego krytyka nieprawości w polskim kościele była tak zdecydowana i spersonalizowana: ośmieszył egoizm prymasa Jana Łaskiego, porównując go do komedianta (Ardeliona), publicznie odgrywającego i manifestującego swą świętość („Sprytem, językiem, piórem – i świeckim przemysłem (...) Na szczyt się wspiąłeś.”), sprzyjanie Habsburgom zarzucił biskupom, Maciejowi Drzewickiemu i Erazmowi Ciołkowi, skłonności do wina i kobiet biskupowi Latalskiemu („Słowo mi wiatr, grosz w górę pcha mnie (...) brzuch mój to kadź, kufel to mój herb.”), nadmierne umiłowanie Wenery Gamratowi, zakonnikom nieuctwo i brak wiary. Krytycyzm Krzyckiego spowodował, że nawet wujek Tomicki nazywał go żartobliwie w listach „luterkiem”. Żeby w pełni zrozumieć istotę poczucia humoru Krzyckiego, warto przywołać tu wiersz O herbach biskupów polskich, w którym znakomicie stworzył satyryczne portrety elity kościelnej, niemalże w jednym słowie, na zasadzie kontrastu, uchwycił słabości biskupów. I tak prymas Łaski (herbu Korab) nazwany zostaje „jednoczącym Korabem”, czyli w rzeczywistości wszystkich skłócał i wprowadzał do polityki chaos, biskup Róża Boryszkowski (herbu Róża) ku zaskoczeniu wszystkich jest trzeźwy, Jan Konarski (herbu Sakiewka) „zręczny”, a więc nieudolny, Maciej Drzewicki (herbu Ciołek) „gadatliwy”, Jan Lubrański (herbu Sosna) „cierpliwego serca”, czyli był mrukliwy, złośliwy, przykry, uparty, Erazm Ciołek (herbu Orzeł) „skromny” ze sfałszowanym herbem, Piotr Tomicki (herbu Łódź) „surowy”, a więc zbyt łagodny i dobrotliwy; w końcu Rafał Leszczyński „czci relikwie i posłuszeństwo kapłańskie.” Sens tego wiersza odnajduje się w listach Pawłowych, zwłaszcza w Pierwszym liście do Koryntian (5,10-11). Apostoł przestrzega w nim nie tyle przed poganami, co przed ludźmi, którzy nazywają się braćmi, a którzy w rzeczywistości są rozpustnikami, chciwcami, pijakami i zdziercami. Dlatego piętnowanie wad zdemoralizowanych hierarchów jest najwyższą powinnością kapłana. To nie Krzycki oburza, lecz zepsucie hierarchów. Polak ostrze swej satyry skieruje również przeciwko legatowi papieża Leona, zarzucając mu korupcję, nepotyzm oraz homoseksualne upodobania, w dodatku manifestowane niegodnie. Jako pierwszy poeta w Europie podjął polemikę z Marcinem Lutrem. Razem ze swoimi wychowankami wydał list i zbiór satyr zatytułowanych Encomia Luteri (Pochwała Lutra), w których Polacy (już nie jeden poeta, lecz całe pokolenie młodych twórców) ośmieszyli postulaty Lutra, opowiadając się po stronie Erazma z Rotterdamu, co zauważył Holender i nawiązał kontakt z Criciusem. Polak będzie od tej pory konsekwentnie popularyzował myśl i dzieła Erazma. Pamiętać trzeba, że większość przyjaciół Holendra swoje uwielbienie manifestowała jedynie w listach, Krzycki nie wystraszył się nasilającego się już w latach 20-stych antyerazmiańskiego nurtu i publicznie dawał wyraz swoim sympatiom, odpierał ataki – jak pisał - „gorliwych obrońców wiary”. Zauważyć w tym miejscu jeszcze należy, że Pochwała Lutra została zauważona w Europie, gdyż była to pierwsza antyluterska satyra, co tym bardziej napawało dumą Polaków, którzy oficjalnie włączyli się do ogólnoeuropejskiej debaty.

            Krzycki jako satyryk przekroczył wszystkie możliwe w polskim zwyczaju granice, gdy ośmieszył kolegów sekretarzy Nipszyca i Zambockiego, słusznie zarzucając im wysługiwanie się obcym dworom i zdradę Polski. Zresztą w bezlitosnym zwalczaniu wrogów ojczyzny przypominał Jana Długosza, ale czynił to poprzez personalną satyrę z lekkością, niekiedy morderczą, rzymskich mistrzów Marcjalisa czy Katullusa. „Czarnym charakterem” w Annales był Zygmunt Luksemburski, u Criciusa zaś książę pruski Albrecht. Zdradę poeta zarzucił nawet Krzysztofowi Szydłowieckiemu, niedawnemu swojemu mecenasowi. Twierdził m.in., że Gdańsk sprzedał za śledzia, czyli wziął łapówkę od gdańszczan („Jaka chciwość pieniądza i przewrotność zła./ Ten ojczyznę sprzedaje, choć mu ona matką.”). Sarmacki Marcjalis pozwolił sobie na zakpienie z „głupoty” Zygmunta, kiedy ten zgodził się na hołd pruski, a zwłaszcza uwierzył słowu danemu przez wiarołomnego Albrechta; z papieża Pawła III, gdy zaczął popularyzować zapuszczanie bród przez księży. W najostrzejszy konflikt popadł jednak z królową Boną, która sprzedała biskupstwo poznańskie Janowi Latalskiemu, człowiekowi prymasa Łaskiego. Krzycki w tym czasie był pewny, że zasłużył sobie na to stanowisko, chciał kontynuować dzieło Jana Lubrańskiego. Okazało się wszakże, że sumienna praca, oddanie ojczyźnie oraz Kościołowi niewiele znaczą. Obraził się na królową i zaczął pisać o niej jakże celne satyry, krytykujące jej chciwość. Bona szybko zreflektowała się, że popełniła błąd, i przeprosiła Krzyckiego, który wrócił do niej na służbę. Ich korespondencja z tego okresu to prawdziwy popis sztuki dyplomacji, wirtuozeria aluzji i mistrzostwo dowcipu. Poeta fenomenalnie wykorzystał język mitologii, by wypomnieć królowej – Junonie opuszczenie Apollina-Criciusa, i dopuszczenie do łask Bachusa – Latalskiego. Pogodzenie się obojga uświetnił  wierszem, w którym przedstawił siebie co prawda jako szaraka, ale któremu nie było nic równego w świecie (oto cudowna skromność Krzyckiego), a który dał się jednak upolować królowej, gdyż olśniła go mądrość i piękno bogini: jej rozum, biała szyja i usta.

            Inny przejaw talentu Criciusa dostrzec można w dyplomacji. Pnie się szybko po stopniach kariery. To polityk świadomy i właściwie twórca czegoś, co można by nazwać polską szkołą polityczną. Szkoła pojawia się tam, gdzie są mistrzowie i uczniowie. Krzycki za mistrzów uznał Jana Długosza i Kallimacha. Pierwszego myśl rozwijał i kontynuował razem z Maciejem z Miechowa w Kronice Polaków, drugiego dzieła sam wydawał i komentował. Właściwie uratował – zachował i przyswoił myśl Kallimacha. Nie był jednak neofitą, twórczo korygował błędy swoich mistrzów, np. gdy wydał Pochwałę Lutra i mowy Kallimacha, dostojnicy kościelni uważali, że jest zwolennikiem antytureckiej krucjaty i pokoju z Krzyżakami. Wielkie zdumienie ogarnęło wszystkich, kiedy okazało się, że król zlecił mu przeprowadzenie hołdu pruskiego. Posunięcie Zygmunta było genialne, ponieważ zadanie powierzył człowiekowi, który był nieprzejednanym przeciwnikiem Albrechta, nazywając go „żmiją w naszym zanadrzu.” Nikt tak dobrze jak Krzycki nie znał przebiegłości i knowań księcia pruskiego, którego bezbożne działania w czasie wojny pruskiej opisywał w listach do Tomickiego, dlatego miał zadbać o ostateczną redakcję Traktatu, by nie powtórzyły się problemy z ratyfikacją pokoju toruńskiego, spisanego przez Jana Długosza. Zadanie wykonał doskonale. Następnie bronił Traktatu w senacie i w Europie. Jego list Ad Joannem Antonium Pulleonem ...  skierowany do barona Brugio, wywołał równie duży skandal, ponieważ młody Hozjusz, sekretarz Krzyckiego, za zgodą opiekuna, niby przypadkiem zasugerował w wierszu, że król chyba był szalony, godząc się na układ z Albrechtem. Następnie Krzycki – biskup przemyski - dokonał krótkiej analizy historycznej stosunków polsko-krzyżackich. W liście tym zarzucił cesarstwu i papiestwu zdradę wartości chrześcijańskich, oszukiwanie Polski, tolerowanie rozkładu moralnego Zakonu, spiskowanie z Zakonem przeciwko Polsce. Wypomniał także ironicznie swoim rodakom, że ich przywódcy częściej zawierali pokój z Krzyżakami niż ci sami tego pragnęli, a za broń chwytali zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie. Jako biskup oficjalnie usprawiedliwił i zaakceptował pokojowe współżycie katolików i protestantów.

            W drugiej części listu Cricius przedstawił Zygmunta jako prawdziwie chrześcijańskiego władcę, który zrezygnował z wojny, przelewu krwi i przyjął jak dobry ojciec pod swoje zwierzchnictwo braci protestantów. Skoro w jego królestwie mogli spokojnie mieszkać Rusini, Tatarzy, Żydzi, to dlaczego nie miałoby być miejsca dla protestantów. Tezy te przyjęto z oburzeniem w Rzymie i były czymś zupełnie wyjątkowym w ówczesnej Europie, ale Krzyckiego nie spotkały za nie żadne oficjalne restrykcje, gdyż stali za nim zbyt potężni ludzie, którym Rzym nie chciał się narazić. Dyplomata opisał również, jak król w czasie hołdu pruskiego zaszokował wszystkich zebranych na rynku strojem, ponieważ wbrew średniowiecznej polskiej tradycji nie wystąpił w zbroi, ale ubrany był w powłóczystą szatę. Krzycki wyjaśniał, że wielcy władcy nigdy nie obnosili się z orężem, gdyż wiedzieli, że wojna dla chrześcijanina jest zawsze złem, dlatego rezygnowali, kiedy tylko mogli, ze zbroi i ubierali się na podobieństwo Chrystusa, bowiem ich siła tkwiła nie w prymitywnych odruchach, ale w mocy ducha i charakteru. Hołd dla Krzyckiego był  porażką, którą  przedstawił jednak Europie jako zwycięstwo. Starał się konsekwentnie pokazać, że prawdziwy duch Kościoła przetrwał jedynie w Polsce i że tylko Zygmunt może dać ożywczy impuls Kościołowi europejskiemu swoją nabożną i mądrą polityką. W późniejszym okresie Cricius razem z prymasem Łaskim będzie pilnował przestrzegania Traktatu przez Albrechta i odpowiadał na jego zapytania oraz przewrotne interpretacje, jak zwykle uniemożliwiając mu wpływanie na losy kraju.

            Drugim ważnym zadaniem, za jakie odpowiadał Krzycki w kancelarii Tomickiego, była polityka węgierska. Wydarzenia w tym kraju bacznie śledził przynajmniej od czasu, gdy był sekretarzem królowej Barbary. Bardzo niepokoił go rozwój sytuacji na Węgrzech, w swoim raporcie pisał, że należy uważnie śledzić rozwój wypadków, gdyż jest to najprawdopodobniej zapowiedź tego, co czeka w przyszłości Polskę. Wielkość polityka, dowodził, nie wynika z tego, że wie, co trzeba robić teraz, lecz umie przewidzieć, co będzie w przyszłości. A ta wyglądała bardzo źle. Aktywność polityczna Krzyckiego wzrosła po bitwie pod Mohaczem i śmierci Ludwika Jagiellończyka. Wbrew jego sugestiom i raportom Bona namówiła Zygmunta do starania się o koronę węgierską. Misja Criciusa o mało nie skończyła się skandalem i wielką międzynarodową kompromitacją króla, który oficjalnie obiecał Habsburgom, że nie będzie się o nią starał.  A wszystko to za sprawą dwóch ludzi: Jana Zapolyi oraz posła polskiego, Nipszyca. Pierwszy uprzedził pozostałych pretendentów do korony, drugi przekazał tajne dokumenty zwolennikom Habsburgów. Krzycki przeprowadził wtedy doskonałą akcję dezinformującą, zyskał przychylność króla Jana (jego patriotyzm, mimo trudnego charakteru, bardzo wysoko oceniał) oraz wdzięczność Zygmunta i Bony. Zwycięski powrócił do kraju. Ale wypadki węgierskie utwierdziły go w przekonaniu, że trwały pokój z Turcją jest niezbędny. Problem był poważny, gdyż chrześcijańska Europa była zupełnie nieprzygotowana na taką decyzję. Nie byli w stanie jej zaakceptować nawet Erazm, Tomicki, a cóż dopiero Zygmunt. Krzycki prowadził karkołomną grę, najpierw tłumaczył Europie przeprowadzenie hołdu pruskiego koniecznością walki z Turcją, a teraz musiał wytłumaczyć konieczność zawarcia przez Polskę pokoju z Turcją. Najważniejszy w tej rozgrywce był król. Krzycki i Bona potrzebowali twardych dowodów na obłudę Habsburgów i je w końcu dostali. W czasie zjazdu w Poznaniu, gdy posłowie cesarscy namawiali wszystkich do udziału w antytureckiej krucjacie, Węgrzy dostarczyli Krzyckiemu i Hieronimowi Łaskiemu listy cesarza, który prosił Turków, a dokładnie baszę Belgradu, o pokój. Był to jeden ze znaczących dowodów, które miały w ostateczności przekonać Zygmunta do zmiany stanowiska. Proces ten trwał kilka lat i  zakończył się powodzeniem. Turcja, jak pisał Krzycki, będzie nam potrzebna, by w odpowiednim czasie postraszyć nią naszych wrogów na wschodzie i zachodzie, aby rozbić coraz bardziej zagrażający krajowi, ale i w przyszłości Turcji, sojusz moskiewsko-niemiecki. Główni twórcy historycznej koncepcji równowagi politycznej w tej części Europy, czyli uznania Turcji za równoprawnego partnera w polityce europejskiej, zapłacili za to straszliwą cenę. Papież potępił Jana Łaskiego, a brak zdecydowanej reakcji Zygmunta załamał prymasa i przyczynił się do jego przedwczesnej śmierci. Potępienie spotkało także Jana Zapolyę,  prymas Andrzej Krzycki po śmierci ostatniego z Jagiellonów został wpisany na indeks ksiąg zakazanych.

            Criciusa zaniepokoił styl życia większości dworzan z otoczenia króla, dlatego przedstawił w 1525 roku raport Zygmuntowi, który nim wstrząsnął. Biskup przemyski opisał w dokumencie, jak dworzanie a nawet prałaci kpią sobie z Kościoła i religii. Kary były surowe, ale zaprowadzono porządek. W zachowaniu Krzyckiego nie ma jednak sprzeczności. Czym innym było dla niego pisanie choćby najbardziej swawolnych tekstów, a czym innym styl życia księdza lub biskupa. W pierwszym przypadku była to konwencja, zabawa, skierowana do ściśle określonego, przygotowanego grona, które rozkochane było w antycznej Grecji, rozumiało, czym są priapee, dostrzegało cytaty, aluzje, odróżniało realność od fikcji, (może właśnie dlatego pierwszy tom poezji Krzyckiego wydany został w kilku lub kilkunastu egzemplarzach, by nie gorszyć nieprzygotowanych umysłów). Zresztą pisanie tego typu tekstów zgodne było z humanistyczną zasadą głoszoną przez Kallimacha: jeśli serce czyste, to pióro niech będzie swawolne. W drugim przypadku życie kapłana miało być wzorem dla ludu, przykładem pobożności godnej naśladowania. O tym, że Cricius bardzo poważnie traktował to zadanie, świadczą słowa Leonarda Cox’a, który w liście do Erazma nazywa go „najpobożniejszym człowiekiem królestwa”.

Krzycki odegrał też kluczową rolę w pacyfikacji Gdańska, ogarniętego rebelią luterańską, pilnował, by wyegzekwowano prawo, surowo ukarano winnych i przywrócono należną pozycję Kościołowi. Nie był to powód do dumy i Krzycki był tego, jako kapłan, świadom, ale uważał, że nie mógł inaczej postąpić, ponieważ należało powstrzymać rozwój luteranizmu, a zwłaszcza siłowe rozwiązania, np. przejmowanie kościołów, niszczenie obrazów, bezczeszczenie ołtarzy. Bunt gdański był wydarzeniem w Rzeczpospolitej bez precedensu. Oto rok wcześniej król, a pośrednio i Krzycki (jako biskup katolicki), gwarantowali luteranom wolność wyznania, przyjęli ich do wspólnoty, w zamian spotkali się z niespotykaną pogardą i agresją. Nie dziwi zatem, że całkiem realne wydawało mu się, jak i większości biskupom, niebezpieczeństwo wybuchu wojny domowej. Udana akcja w Gdańsku położyła kres wszelkim próbom wzniecania niepokojów religijnych. Rola Krzyckiego nie polegała tu na dowodzeniu, ale na doradzaniu i pilnowaniu króla, żeby nie uległ argumentom Albrechta i Szydłowieckiego oraz żeby podejmował konkretne i zdecydowane decyzje.

            Kolejnym zadaniem Criciusa było przeprowadzenie inkorporacji Mazowsza. Już jako biskup płocki wspierał działania króla, kanclerza, zmierzające do wcielenia tej prowincji. W szczególności powstrzymywał spiski Albrechta i działania dyplomatów cesarstwa, upominających się o tę prowincję. Wbrew sobie i swojemu sumieniu wydał za mąż, w myśl życzeń Bony i dla dobra państwa, księżniczkę Annę za nędzną kreaturę, warchoła – jak pisał - Odrowąża Sprowskiego. Pracował też w komisji, która dokonała kodyfikacji granicy pomiędzy Mazowszem a Litwą. Bardzo zaangażował się w tym czasie (1530 r.) w walkę o elekcję młodziutkiego Zygmunta Augusta. W dowód uznania stanął na czele delegacji, która pojechała oznajmić królowej i królewiczowi, że sejm zgodził się na wybór Zygmunta Augusta na przyszłego króla Polski. Przemowa biskupa płockiego tak bardzo poruszyła wszystkich, że delegaci mieli w oczach łzy.

            Krzycki był zwolennikiem silnej władzy królewskiej. Wypadki węgierskie, zachowanie rodzimej szlachty na sejmikach i sejmach, uświadomiły mu, że klasa ta jest niezdolna do kierowania państwem. Jej egoizm uwidaczniał się na każdym kroku. Już jako prymas toczył na sejmach walkę z demagogami szlacheckimi, którzy chcieli nałożyć nie tylko na Kościół, lecz i miasta dodatkowe podatki, natomiast o swoich dodatkowych obciążeniach nie chcieli słyszeć. O egoizmie i nieodpowiedzialności szlachty przekonał się, gdy jeszcze jako poeta i sekretarz daremnie apelował m.in. w Skardze Rzeczpospolitej o umocnienie południowej granicy i ostrzegał przed grożącym ze strony Tatarów niebezpieczeństwie. Szlachta pozostała głucha na te postulaty, a rujnujący południowe dzielnice najazd tatarski uświadomił Krzyckiemu, ówczesnemu biskupowi przemyskiemu, iż tak zarządzany kraj nie ma przyszłości. Prymas dość szybko pozbył się również złudzeń, co do magnaterii. Zorientował się o grożącym z jej strony niebezpieczeństwie, dlatego jeszcze nie będąc biskupem, pisał, że „dwory zrodziły potwory.” Ostatnią poważną polityczną wypowiedzią był In vulgatam nuper quandam Asianam diaetam Diogenis Dalmatea dialogus,  („Dialog na temat opublikowanego niedawno Sejmu Azjańskiego”) napisany w 1535 roku. Dzieło to było reakcją na triumfujący na sejmie piotrowskim populizm szlachecki.. Czy należy się zatem dziwić, że Krzycki nie został ulubieńcem tłumów szlacheckich, a stali się nimi Orzechowski i Skarga? Zarzuty prymasa mogą wydać się wyolbrzymione jedynie tym, którzy nie znają ówczesnych realiów, jego listów do królowej, w których pisał, że część posłów przyjeżdża na sejmy jedynie po to, by pić i się bawić, a inni, także senatorowie, nie mają najczęściej pojęcia o tym, co mają uchwalać. Ta parodia demokracji musiała budzić przerażenie. Krzycki był jednak pragmatykiem i szukał porozumienia ze wszystkimi stronami. To w końcu jego powinowaty, Piotr Kmita, będzie przewodził ruchowi domagającemu się egzekucji praw. Ten sam, o którym wcześniej pisał do Tomickiego, że przyjeżdża do Poznania i urządza męczące, wystawne oraz pijackie uczty. Krzycki w życiu nie kierował się złudzeniami i nie miał ich też w stosunku do krewnych oraz Bony. Królowa według jego opinii popełniała całe mnóstwo błędów, wynikających z nieznajomości polskich realiów i tradycji, które następnie trzeba było korygować. Nie zrażało to jednak do niej Criciusa, ponieważ uważał, że tylko ona jest w stanie konsekwentnie wdrażać reformy i dążyć do wzmocnienia państwa. Swemu szacunkowi dla kobiet dał wyraz także we wspomnianym dialogu, w którym pisał m.in., że mężowie powinni porozumiewać się z żonami, uzgadniać decyzje. Jako pierwszy napominał dziewczęta, że jeśli już nie mogą żyć pobożnie, to niech przynajmniej będą ostrożne.

Do Zygmunta zniechęcała go typowa dla Jagiellonów nieporadność, brak zdecydowania, odkładanie w czasie ważnych decyzji, dlatego wielokrotnie pisał do królowej, żeby przyjechała z mężem na sejm, bo w przeciwnym razie znowu nie zapadną żadne wiążące i ważne dla kraju ustalenia. Jego niechęć do Zygmunta była w kraju do tego stopnia znana, że pojawiły się nawet plotki, iż życzy on królowi jak najszybszej śmierci, co nie było prawdą, ale faktem jest, że wielkie nadzieje pokładał w Zygmuncie Auguście, w jego przyrodzonych zdolnościach oraz edukacji.

            Andrzej Krzycki był wytrawnym znawcą sztuki. Specjalizował się zwłaszcza w pisaniu inskrypcji. Jego napisy znajdują się na najważniejszych zabytkach, arcydziełach, polskiego Renesansu, np. na  płytach nagrobnych: Mikołaja Tomickiego, kardynała Fryderyka Jagiellończyka. Ozdabiały również grobowce m.in. Bolesława Chrobrego w katedrze poznańskiej, Jana Lubrańskiego, Jana Olbrachta, Piotra Tomickiego czy jedyne w swoim rodzaju malowane epitafium Jana Sakrana. Swoimi inskrypcjami i wierszykami uświetniał budowle wawelskie, np. Dzwon Zygmunta, zbrojownię, Kaplicę Zygmuntowską. Zlecono mu  nadzorowanie prac budowlanych na Wawelu, prowadzonych przez Bartolomeo Berrecciego. Polak przygotował program ideowy Kaplicy Zygmuntowskiej i to m.in. z jego wierszy czerpał Berrecci inspirację oraz tematykę przygotowywanych bardzo śmiałych i jedynych w swoim rodzaju dekoracji. Podobnie było z salą Poselską. Dziś przyjmuje się, że pomysłodawcą przepięknego stropu, składającego się z głów wybitnych postaci historycznych i fikcyjnych był również Cricius. Niestety, wystrój ten spłonął, a jego skromna rekonstrukcja wykonana przez mistrza Tauerbacha nie oddała już pierwotnego kształtu, chociaż zachowała głowy, wśród których znajdują się m.in. głowy dwóch poetów: możliwe, że Dantyszka i Krzyckiego. Unikatowy charakter mają również „pastorał Krzyckiego” czy pieczęć arcybiskupia.

            Cricius odbudował diecezję przemyską po najeździe tatarskim, w diecezji płockiej wybudował liczne kościoły, założył miasto Andrzejewo. Lecz najważniejszym oraz najambitniejszym jego projektem była budowa nowej katedry, w stylu renesansowym, w Płocku. Biskup ściągnął z Krakowa na Mazowsze włoskich artystów, zakupił projekt, z entuzjazmem rozpoczął budowę. Zgromadził potrzebne pieniądze. Budżet budowy okazał się, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, niedoszacowany, dlatego rozpoczął dramatyczną walkę o dodatkowe fundusze. Nie znalazł jednak dostatecznego zrozumienia u królowej, króla, wuja i nie chciał pogodzić się z porażką, w tej walce dostrzec można wielki dramat oraz samotność artysty, na przekór wszystkim starającego się doprowadzić do końca swoje wielkie dzieło. Katedrę w stylu renesansowym, pierwszą na północ od Italii, udało mu się jednak wybudować. W tym okresie uczestniczył w innym śmiałym projekcie artystycznym. Było nim postawienie w Kozienicach pierwszego świeckiego pomnika w Polsce. Była to kolumna upamiętniająca miejsce narodzin Zygmunta Starego, na której umieszczona została tablica (istniejąca do dziś) z wierszem Krzyckiego. W Gnieźnie z kolei zlecił wybudowanie kaplicy Krzyckich, która niestety, nie przetrwała pożarów i do dziś zachował się jedynie nagrobek prymasa  autorstwa Padavano.

            Jak już wcześniej pisałem, prymas to człowiek głębokiej wiary, dlatego nieustannie zajmowały go sprawy Kościoła. Uważał, że Kościół i państwo tworzą szczególny sojusz, decydujący o sile i trwaniu królestwa. Dlatego trzeba było dbać, by oba filary były mocne. W przypadku religii oznaczało to reformy i odnowę moralną. Krzycki jako biskup oraz prymas  zwoływał synody, na których m.in. ustalano strategie powstrzymywania rozwoju luteranizmu, reorganizację Kościoła. Działalność Krzyckiego jako biskupa stała się wręcz wzorcowa, kiedy był ordynariuszem płockim, co dostrzegł nawet bardzo niechętny mu Rzym. Na początku ograniczył wpływy zdemoralizowanych miejscowych zakonów i centrum zarządzania diecezją przeniósł do swojej kancelarii. Często odwiedzał parafie, zreformował i podniósł poziom kształcenia księży, by mogli w sposób świadomy głosić ewangelię i podejmować polemikę z luteranami. Skierował do swych podopiecznych, znany także w Europie, list pasterski De ratione et sacrificio missae, który był mini-wykładem na temat mszy św. Biskup odwołał się w nim nie tylko do najnowszej wiedzy teologicznej, ale i do rodzimych prastarych tradycji, których był znawcą. Nawet tu uwidacznia się jego indywidualizm, oryginalność, przenikliwość i artystyczna wrażliwość, gdyż formuły proponowane przez niego oprócz tego, że były mądre, osadzone w rodzimej tradycji, to w dodatku jeszcze piękne. Uważał np., że słowa „Panie nie jestem godzien...” wypowiadane przed Komunią św. nie są uzasadnione teologicznie, ponieważ stan niegodności jest nie na miejscu i spotkał się już w Biblii z naganą Pana. Postulował, by kapłani w czasie Komunii św. wypowiadali słowa: „Ciało i Krew Chrystusa..”, gdyż wielu zagubionych ludzi nie rozumiało, że przyjmują ją pod dwiema postaciami. Ewangelię nakazywał traktować z największym pietyzmem, dlatego zalecał jej okadzenie przed odśpiewaniem na równi z hostią i kielichem. Układał poza tym własne modlitwy, przeredagowywał stare, żeby były zgodne z Pismem św.

Krzycki dał się poznać w Europie jako egzegeta. Jego interpretacja Psalmu 21, zatytułowana De afflictione ecclesiae, commentarius in Psalmum XXI („O ucisku Kościoła”), w której podjął polemikę z interpretacją tego psalmu przez Marcina Lutra, zrobiła na wszystkich w Rzymie bardzo dobre wrażenie, również na Erazmie z Rotterdamu. Autorytet Krzyckiego jako teologa musiał być poważny, gdyż to jemu Piotr Tomicki zlecał pisanie mów, w których siostrzeniec podejmował w imieniu króla i podkanclerzego polemikę z argumentami luteran. W tym momencie można sobie dopiero w pełni uświadomić, jak ważne w sprawie tureckiej było zaangażowanie i poparcie Krzyckiego: oto czołowy teolog w kraju, postać znana w Europie, człowiek głębokiej wiary wspierał oraz nakłaniał Zygmunta do zawarcia pokoju i w przeciwieństwie do Łaskich nie był narażony na zarzut, że czynił to również w interesie własnego rodu.

Ważne miejsce w jego twórczości zajmują pieśni religijne, które mieszczą się w konwencji epoki, lecz dostrzegalny jest już w nich przejaw indywidualnego doświadczenia religijnego, co wnosiło zupełnie nową jakość do polskiego życia religijnego. Krzycki, będąc już prymasem, przekonał Zygmunta, że w najważniejszym kościele królestwa, czyli kościele Mariackim, kazania powinny być głoszone po polsku. Przy wsparciu biskupa krakowskiego Jana Latalskiego złamał zdecydowany opór mieszczaństwa niemieckiego dopiero drugim edyktem królewskim.

            Cricius był tą osobą, która przygotowała polski Kościół do obrony przed luteranizmem, wskazała drogę postępowania i formy obrony. Nie przeszkadzało to mu jednak w utrzymywaniu kontaktów z Krzysztofem Hegendorfem, Janem Sabinusem czy Filipem Melanchtonem, którego zaprosił do Polski wbrew sugestiom Erazma i namawiał do powrotu na łono Kościoła. Melanchton umówił się z Krzyckim, że przyjedzie, jeśli nie uda się mu pogodzić zwaśnionych wyznań w Augsburgu, czyli doprowadzić do zaakceptowania przez wszystkie strony wypracowanego przez niego kompromisu. Po bolesnej dla Melanchtona porażce profesor van Campen czekał na niego kilka miesięcy na Pomorzu. Projekt się nie powiódł, ale pozwala dostrzec w Krzyckim człowieka, który szukał, podobnie jak Melanchton, porozumienia pomiędzy skłóconymi obozami chrześcijańskimi. Wiele środowisk katolickich zgoła inaczej odczytało działania Criciusa,  tzn. uznały one, że to Melanchton chciał przeciągnąć Krzyckiego na swoją stronę. Świadczyłoby to o tym, że środowiska protestanckie dostrzegały w Polaku człowieka w jakimś stopniu sobie bliskiego, z kim możliwe było porozumienie, ponieważ  co prawda ostro krytykował propagandę luteran, ale równie krytyczny był wobec swoich współbraci katolików. Na ten aspekt sprawy wskazywałby także list gratulacyjny Jana Łaskiego Młodszego skierowany już do prymasa Krzyckiego, w którym autor sugerował konieczność budowania nowego Kościoła. Cricius bardzo krytycznie ocenił tę prowokacyjną propozycję i upomniał młodzieńca w sobie właściwy,  ironiczny sposób. Nie doprowadziło to do zerwania między obydwoma kontaktu, ponieważ prymas wiedział, że Jan Łaski Młodszy to człowiek głębokiej wiary, pełen szlachetnych intencji.

            Krzycki znał i akceptował koncepcję Kopernika. Niestety, nie ma dowodów, by się spotkali, ale humanista wspierał prof. Wawrzyńca Korwina, który jako pierwszy głosił chwałę genialnego astronoma, przyjaźnił się z Maciejem z Miechowa czy z innym wielbicielem Kopernika - Janem Dantyszkiem, na ingres którego osobiście zapraszał mistrza. 

            Otwartość Jana Łaskiego Młodszego wobec prymasa świadczy o tym, że młode pokolenie wiązało z Krzyckim ogromne nadzieje, był w jego oczach kimś wyjątkowym. Kiedy Klemens Janicki wraz z Augustynem Rotundusem napisali satyrę na kapitułę poznańską i groziło im więzienie, to ukrył ich i wybronił Cricius. Podobnie było, gdy młodzi posłowie Stanisław Łaski i Stanisław Odrowąż, zbulwersowani przebiegiem sejmu napisali kąśliwą satyrę na posłów i senatorów. Prymas poprawił ją i kazał drukować. Dziełko wywołało zgorszenie posłów i atak na autorów. Wtedy Krzycki, broniąc młodych twórców, napisał własne dzieło jeszcze bardziej krytyczne i złośliwe.

            Prymas umarł w wieku 55 lat. W ostatnich tygodniach życia, mimo choroby, ciężko pracował. Wiedział, że opozycja polityczna przygotowuje się do wystąpienia przeciwko królowi, a zwłaszcza królowej. Sam też, jako ten, który pierwszy publicznie krytykował Bonę, jej rządy nazywał „ginekokracją”, otrzymał propozycję przyłączenia się do buntowników, ale pomysł taki odrzucił i poinformował o wszystkim monarchinię. Jest całkiem prawdopodobne, że podejmował działania mające doprowadzić do zażegnania konfliktu, był przecież znakomitym negocjatorem, o czym świadczyło chociażby jego zaangażowanie na sejmiku w Raciążu, gdzie jako biskup płocki przekonał zebraną i zbuntowaną szlachtę do przyjęcia uchwał sejmowych oraz poważnie zaangażował się w rozwiązanie lokalnych zadawnionych sporów. Gdy umarł 10 maja 1537 roku, nikt już nie był w stanie powstrzymać buntowników oraz przeciwników królowej i dlatego doszło do gorszącej „wojny kokoszej

 J. Pelc, Renesans, w: Słownik literatury staropolskiej, red. T. Michałowska, s. 802.